i inne głupoty

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Okiem Niepoczytalnego Bibliotekarza Cyfrowego: Czytu, czytu...

Nie chce mi się pisać niczego na wstępie.




Od siebie dodałabym jeszcze: nie czytaj - jeździj na rowerze. Bo jadąc na rowerze, nie da się czytać... To znaczy - na upartego można, ale grozi to wybiciem zębów.


Co jakiś czas słyszy się w mediach, że czytelnictwo w Polsce kuleje. W związku z tym cieszę się, że powstała taka akcja społeczna. Tylko, czy naprawdę mamy się czym przejmować? Nie znam statystyk, ale wydaje mi się, że zawsze będzie istniała spora grupa osób nieczytających i żadne promocje nie przekonają ich do sięgnięcia po lekturę.

Sama nie wiem też, jak odnieść się do wszystkich książkowych ekranizacji. Bo z jednej strony - dziesięć lat temu dzieciaki sięgały po papierowe wydanie Harrego Pottera, a teraz wystarczy im jego filmowa wersja (wiem, bo mam kuzynów, którzy ekranizację widzieli setki razy, ale książki nie ruszą, bo rzeczy pisanych boją się jak diabeł święconej wody). Ale jednocześnie - sama przeczytałam kilka książek tylko dlatego, że do kin miała trafić ich adaptacja. A czasem po wersję papierową sięgałam już po obejrzeniu filmu.


Podobnie, jak wielu innych ludzi, wskażę za to palcem na lektury szkolne. To znaczy - nie wiem, co dzieciaki czytają teraz. Ale ja prawie cały kanon z gimnazjum i liceum znałam ze streszczeń, bo zamiast w Panu Tadeuszu zaczytywałam się w Tolkienie. Przy czym stało się tak, bo pewnego dnia tata podsunął mi pod nos Władcę Pierścieni. Powiedział wtedy "nie bój się, że to grube tomiszcze" i przeczytał na głos kilka stron, na zachętę. Dzięki temu stałam się wielką fanką fantastyki, którą z resztą pozostaję do dziś.

No tak, pewnie powiecie mi teraz, że polubiłam czytanie dzięki moim rodzicom. Ale to też nie do końca prawda. Bo przed Tolkienem, mimo starań mamy i taty, też omijałam książki możliwie jak najszerszym łukiem.

Ktoś mądry powiedział kiedyś, że każdemu czytelnikowi przeznaczona jest jakaś książka. I to jest sedno całego problemu. Nauczyciel języka polskiego nie powinien nakładać kar na tych, którzy nie byli w stanie przeczytać trylogii Sienkiewicza. Zamiast tego powinien polecić niesfornym uczniom inną książkę. A jeśli i ona by się nie spodobała - następną, ale z innego gatunku. Wtedy, być może więcej młodych ludzi polubiłoby czytanie.


Przy czym - niestety to nie rozwiązałoby kolejnego problemu. Mianowicie - wielu młodych ludzi przestaje czytać po skończeniu szkoły. Sama niestety zaliczam się do tego niechlubnego grona. Ale cóż poradzić - czytanie książki wymaga skupienia, dużo większego, niż chociażby lektura krótkich wpisów na blogach.

Napisałam "nie czytaj, jeździj na rowerze". Przeciwieństwem byłoby stwierdzenie: czytaj, jeżdżąc autobusem. I niestety - jest w tym cholernie dużo prawdy. Wiem, bo ostatnio najwięcej czytałam w zimie, właśnie w środkach komunikacji miejskiej. Przy czym to też było za mało i przebrnięcie przez jedną knigę zajęło mi kilka miesięcy.


Śmieszą mnie ludzie krytykujący e-booki. Bo prawdziwe książki lepiej leżą w dłoni, szeleszczą kartkami i mają niepowtarzalny zapach. Ta ostatnia książka, którą przeczytałam, była właśnie e-bookiem. Wyświetlałam ją na ekranie komórki, kiedy akurat miałam wolny czas. Telefon zawsze mam przy sobie. A co ze zwykłą książką? Musiałabym pamiętać, by zabrać ją ze sobą, potem dźwigać, a jakbym akurat nie znalazła sposobności do czytania, to plułabym sobie w brodę, że mogłam ją zostawić w domu... Następnym razem pewnie właśnie tak bym postąpiła i wtedy akurat nadarzyłaby się okazja do lektury. Błędne koło.

I nie tylko ja mam taki problem. E-booki to przyszłość. Wiem, to przykre. I ja też mam sentyment do papierowych woluminów. Ale nie ma co rozpaczać, trzeba się z tym pogodzić.

Aha, jeszcze jedno - nie dajcie się nabrać na narzekania, że z e-booki się źle czyta. To nieprawda. Bo choć owszem, telefon komórkowy być może nie jest najlepszym narzędziem do tego typu rzeczy, to już czytniki e-booków wyposażone w e-ink (a nie ekran lcd!), spisują się naprawdę dobrze. Z resztą technologia jest ciągle rozwijana, więc im dalej, tym będzie lepiej.


Dziś jest Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. I tak sobie myślę, że czynnikiem, który dodatkowo tłumi czytelnictwo jest copyright. Tą ostatnią książką, którą przeczytałam była Wolna Kultura Lawrence'a Lessiga. Została wydana kilka lat temu, rzeczy w niej omawiane wciąż są aktualne i co najważniejsze - dzieło to można ściągnąć z internetu całkowicie za darmo. A co z resztą? W tym roku do domeny publicznej w Polsce przeszły dzieła autorów, którzy zmarli w 1942 roku. To dość dawno, prawda? Większość z nich już dawno się przedawniła i raczej nikt nie będzie chciał ich dzisiaj czytać. A gdyby tak autorskie prawo majątkowe trwało krócej? Co gdyby powiedzmy, 25 lat po pierwszej publikacji, dzieciaki w szkole mogły pobrać na swoje telefony komórkowe Harry'ego Pottera, bez obaw, że będzie ich za to ścigać policja? Wtedy, być może o problemie czytelnictwa wśród młodych nikt by nie mówił. A może to by niczego nie zmieniło? Sama już nie wiem.


Znam ludzi, którzy wszędzie węszą rządowe teorie spiskowe. Twierdzą oni między innymi, że rząd specjalnie nie dba o rozwój czytelnictwa i podnosi ceny książek, bo dzięki temu w naszym kraju będzie żyło mniej ludzi inteligentnych. A bandą idiotów dużo łatwiej jest kierować.

Oczywiście staram się niewierzyć w takie rzeczy. Ale wolę jednak jakąś książkę, raz, na jakiś czas przeczytać. Tak, na wszelki wypadek. A może nie powinnam?




I jeszcze jedna sprawa, tak na koniec. Założyłam tego Google Plusa, ale zabawa w social media nie ma sensu, gdy nikt się do niej nie przyłączy. Nie proszę was, byście koniecznie zapisali się do G+, klikali google'owe +1, i tak dalej. Ale jeśli spodoba się wam którykolwiek z moich wpisów - poślijcie link do niego dalej. Albo w jakikolwiek inny sposób wspomnijcie znajomym, że jest sobie taka Hołka, która pisze głupie Dyrdymały. Może akurat będzie się im nudziło i postanowią je poczytać?

4 komentarze:

  1. Na rowerze jak najbardziej można czytać.
    http://north-south.info/pl/photo/probuje-nie-umrzec-z-nudow,390/

    Ale i tak najwygodniej się czyta na rowerze stacjonarnym :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomysł niezły, ale wciąż - jak się zaczytasz, to może z tego wyniknąć katastrofa. No i strony ciężko przewracać - już lepiej w takim wypadku sprawdziłby się czytnik e-booków. ;)
      Pozdrawiam,
      Hołka

      Usuń
  2. @
    albo audiobook. A zresztą wszystko i tak się zmieni jak googl wypuści na rynek te okulary z rozszerzoną rzeczywistością.

    A z tym G+ to IMO niewypał, sorry. Ja się nie rejestruję z powodów ideologicznych, ale ci mniej paranoiczni też nie mają kont, bo 1) straszna tam stypa, 2) to redundantne względem fejsa, więc już lepiej faktycznie fanpage założyć czy jakieś networked blogs, nie wiem, nie znam się ;p. A najlepszy sposób na zgonienie czytelników (chyba, że napiszesz po prostu coś super uber mega odkrywczego albo śmiesznego, a w 2012 to już raczej niemożliwe) to dużo komciać u różnych innych. Zawsze ktoś się zrewanży, albo chociaż kliknie w nicka przypadkiem i trafi do strony;)

    gawith

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Audiobook się nie liczy, bo nie czytasz, tylko słuchasz. ;p
      A okulary Google'a to fajny pomysł, ale wydaje mi się, że jeszcze przez długi czas pozostaną jedynie konceptem.

      Co do reszty - Gawith, pewnie masz rację. Ale cicho! Daj mi się nacieszyć tym głupim Googlem jeszcze przez jakiś czas. W końcu mi się znudzi i przestanę tu o nim marudzić. Jednak do tego czasu będę żyła ze świadomością, że się przemogłam i weszłam w świat social-mediów.
      Pozdrawiam!
      Hołka

      Usuń
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...