Czasem, gdy akurat znalazłam się gdzieś w okolicach Starego Miasta w Krakowie, myślałam sobie, że miło by mi było ją spotkać. Zupełnie przypadkiem jechać tym samym tramwajem albo po prostu, przejść obok niej na Rynku. Oczywiście jak znam siebie i moją spostrzegawczość - mogłabym jej nawet nie zauważyć (może nawet kiedyś ją spotkałam, ale wydała mi się zwykłą staruszką i po prostu przeszłam obok niej?).
Wiedziałam jednak, co bym zrobiła, gdybym jednak ją zobaczyła. Nie spytałabym o autograf lub o wspólne zdjęcie, nie ośmieliłabym się poprosić o uścisk dłoni. Wątpię, czy
w ogóle odezwałabym się w jakiś sposób. Pewnie nie, bo po pierwsze brak mi pewności siebie i odwagi. A po drugie - uważam że każdy ma prawo czuć się normalnie, a zaczepki obcych ludzi raczej to poczucie odbierają.
Gdyby jednak ona jednocześnie dostrzegła mnie i to, że się jej przyglądam - na pewno uśmiechnęłabym się, skinęła głową i odeszła w swoją stronę. Tak, by ona wiedziała, że ją znam i podziwiam, ale jednocześnie - szanuję jej prywatność.
Tak właśnie bym zrobiła, gdybym któregoś pięknego dnia spotkała Panią Wisławę Szymborską.
Niestety, wczoraj wieczorem, Pani Wisława dołączyła do listy osób, których nigdy nie będzie dane mi poznać, mimo iż bardzo bym tego chciała.
Nie będę was kłamać i nie napiszę, że uwielbiam wiersze Pani Szymborskiej, i że codziennie je czytuję. Z jej poezją spotkałam się kilka razy na lekcjach języka polskiego, ale jakoś nigdy nie byłam w stanie poszerzyć tej znajomości. Nie dlatego, że wiersze mi się nie podobały. Wręcz przeciwnie - to były jedne z tych rzeczy, które chwyciły mnie nie za serce, ale za coś zagrzebanego jeszcze głębiej - za moją duszę. Ale po prostu nie miałam czasu, chęci i nastroju, by lepiej zaznajomić się z twórczością Szymborskiej.
Zawsze ceniłam Panią Wisławę po prostu za to, że była genialną poetką i laureatką Nobla. Prawdziwą miłością do jej osoby zapałałam jednak dwa lata temu, bo obejrzeniu filmu Chwilami życie bywa znośne. I dziś rano, gdy dowiedziałam się o jej śmierci nie pomyślałam "ojej umarła nasza wielka wieszczka". Przeszło mi przez myśl to, o czym napisałam na wstępie - że bardzo chciałam ją poznać, bo zdawała się być równą babką oraz naprawdę uroczą osobą i szkoda mi, że nie będę już nigdy miała takiej możliwości.
Nie rozpaczam jednak, że Pani Wisławy nie ma już z nami. Bo choć lubiła pisać limeryki i często się uśmiechała, to jednak w jej spojrzeniu krył się smutek i tęsknota. Nie wiem, czy brakowało jej ukochanego Kornela Filipowicza, czy też powód jej zatroskania był inny.
Wierzę jednak, że tam, gdzie znajduje się teraz, jest szczęśliwa. Może obserwuje wszystko gdzieś, z góry i z ulgą stwierdza iż to dobrze, że odeszła, bo przecież teraz zainteresowanie jej osobą jest zapewne tak samo duże, jak podczas Tragedii Sztokholmskiej? A może nawet zerka mi teraz przez ramię i śmieje się cicho z tego, że przed chwilą nazwałam ją "równą babką"? Ona, Pani Wisława, która dla mnie zawsze będzie nieśmiertelną osobą, nie osobistością.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.