i inne głupoty

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

A w Krakowie... Wojna o balkon

Kiedy kilka miesięcy temu przeprowadziłam się do nowego miejsca cieszyłam się, że będę miała balkon. Nie wiedziałam jednak, że miejsce to posiada już lokatorów - gołębie. Niestety dla mnie (i szczęśliwie dla tych opierzonych potworów), z racji tego, iż większość czasu spędzam w Jagiellonce, nie walczyłam o balkon. W końcu, kiedy byłam w pracy, gołębie i tak robiły co chciały, nie widziałam więc sensu w tym, by poranki oraz wieczory marnować na walkę z nimi.

Przyszły jednak wakacje, a wraz z nimi długo wyczekiwany przeze mnie urlop. A z racji tego, że planowałam spędzić go w domu*, postanowiłam przy okazji powalczyć o to, co moje i raz na zawsze przegonić intruzów z balkonu. Pomimo, iż wszyscy mi mówili, że walka z gołębiami przypomina tą z wiatrakami. I że z tymi wrednymi ptaszyskami nie można wygrać.

Jestem jednak uparta i słowa „nie da się” działają na mnie podwójnie motywująco. Mój dzisiejszy wpis będzie więc opowiadał o pełnej heroicznych czynów oraz innych niezwykłych wydarzeń, iście epickiej kampanii wojennej o przejęcie kontroli nad balkonem.


*Nie dlatego, że nie lubię słońca, bo jestem wampirem, czy coś. Po prostu, musiałam nadrobić zaległe prace zaliczeniowe ze studiów... Thank you, EPI. :(


Za co najbardziej nie lubię krakowskich gołębi? Wbrew pozorom nie za to, że brudzą. Mogłabym też ignorować fakt, że są to potencjalni nosiciele ptasiej grypy oraz innych straszliwych chorób. I wybaczyłabym im to, że w każdą sobotę oraz niedzielę, punktualnie o szóstej rano zaczynają głośno i donośnie gruchać, nie pozwalając mi tym samym porządnie się wyspać.

Najbardziej nie lubię, wręcz nienawidzę krakowskich gołębi za to, że skubańce się mnie nie boją. Przy czym przymiotnik „krakowskie” jest tutaj słowem kluczowym. Bo, dla przykładu, zakopiańskie gołębie zachowują się tak, jak każdy ptak powinien. Wystarczy lekko machnąć ręką lub tupnąć nogą, by taki zwierz odleciał w popłochu i szybko nie wrócił. Krakowskie gołębie są natomiast zupełnie inne, nie zachowują się naturalnie. Niestraszne było im pukanie w okno lub ruszanie firanką. A gdy wychodziłam na balkon, krzycząc i wściekle machając rękami, patrzyły na mnie, jak na wariatkę i leniwie odlatywały dopiero wtedy, kiedy zbliżyłam się do nich na mniej, niż metr.

Rozumiecie więc, że takie gołębie, które mają człowieka, delikatnie mówiąc - w kuprze - sprawiały, że czułam się głupio. Zupełnie, jakbym była jakimś barbarzyńcą lub innym jaskiniowcem, a ptaszyska istotami wyższego rzędu, które zachowują się dostojniej i w sposób bardziej ucywilizowany ode mnie. I za to właśnie najbardziej krakowskich gołębi nienawidzę.


Jak to pisał Sun Tzu w Sztuce wojny - przed walką pole bitwy należy przygotować tak, by później możliwie jak najbardziej nam ono sprzyjało i jednocześnie utrudniało działania wroga (ok, tak naprawdę nigdy nie czytałam Sztuki wojny i nie wiem, co Sun Tzu w niej napisał, ale chciałam, by ten akapit zaczął się bardzo poważnie). Dlatego też przed rozpoczęciem działań defensywnych, odziana niczym Walter White podczas warzenia metaamfetaminy, sprzątnęłam z balkonu wszystkie dotychczasowe ślady obecności gołębi. Nie miałam zamiaru się patyczkować i wbrew konwencji genewskiej oraz innym zasadom cywilizowanego świata, użyłam najsilniejszej broni chemicznej, jaką posiadałam w swoim arsenale - domestosa.

Przy czym, przez cały czas liczyłam na to, że walkę uda mi się wygrać w sposób w miarę pacyfistyczny. To znaczy bez użycia siły, a jedynie środków, które pokazałyby, że balkon należy do mnie i nie życzę sobie na nim obecności kogokolwiek innego. Dlatego też, nim zapach domestosa zdążył wyparować, w kilku miejscach przyczepiłam kolorowe wiatraczki (które podobno miały odstraszać gołębie), a tam, gdzie moi wrogowie lubili przesiadywać najczęściej - postawiłam dużą, plastikową figurkę czarnego kruka (która miała odstraszać gołębie w stu procentach). Kusiło mnie też, by tu i ówdzie przyczepić specjalne, przeciwptakowe kolce. Coś takiego niewątpliwie uczyniłoby mój balkon całkowicie odpornym nie tylko na gołębie, ale także na ataki hord wygłodniałych zombie. Ale cena takiego uzbrojenia całkowicie zniechęciła mnie do jego zastosowania (dziesięć złotych za jakieś dwadzieścia centymetrów najeżonego kolcami kawałka plastiku - gdyby na mój balkon przylatywały emo-wampiry nie wahałabym się ani chwili, ale z gołębiami chciałam rozprawić się możliwie jak najmniejszym kosztem).

Nie minęła jednak godzina i na balustradzie balkonu pojawili się moi wrogowie. Ze znajomymi. Zupełnie, jakby ptaszyska chciały pochwalić się kumplom: „spójrzcie na jakim ślicznym, czystym i wystrojonym balkonie mieszkamy”. Wtedy zrozumiałam, że pokojowe rozwiązania na nic się tutaj zdadzą. Wzięłam więc broń do ręki i z walecznym okrzykiem ruszyłam do boju.


Tak wiem, wspominałam wcześniej, że gołębie się mnie nie bały. Odkryłam jednak rzecz, która w trybie natychmiastowym przeganiała ptaszyska z balkonu. Tą straszliwą bronią był huk otwieranego parasola. Kiedy jednak, ogarnięta szałem bojowym, wyskoczyłam na świeżo wyczyszczony balkon, stwierdziłam, iż użyję parasola w nieco bardziej brutalny sposób.

Ale spokojnie, nie donoście na mnie Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami! Nie miałam bowiem zamiaru krzywdzić gołębi. Ale kilka z nich udało mi się lekko trzepnąć, zanim te odleciały (co przy okazji dodatkowo pokazuje, jak bardzo niepłochliwe są krakowskie gołębie - z zakopiańskimi nigdy by mi się coś takiego nie udało). Poza tym - co ważne - kilka takich parasolowych ataków odniosło skutek i ptaszyska w końcu zrozumiały, że nie jestem kimś, kogo obecność na balkonie można ignorować.


To wszystko, to były jednak tylko drobne potyczki. Bo prawdziwa bitwa czekała mnie wieczorem, kiedy to gołębie zjawiły się, by jak zawsze użyć mojego balkonu jako noclegowni. A wtedy postanowiły ignorować wszystko, łącznie z moim parasolem.

Uwierzcie mi, nigdy nie przypuszczałam, że będę musiała miotłą, siłą spychać gołębie z balkonu, a te dranie będą się jeszcze zapierały i nie zamierzały odlecieć (musiałam użyć miotły zamiast parasola, bo ta posiadała większą „powierzchnię spychającą”). A tak się właśnie stało. Co więcej - gdy paskudy odleciały - po chwili przylatywały ponownie.


Po kilku dniach gołębie zrozumiały, że jestem przeciwnikiem, którego należy się obawiać. Nie miały jednak zamiaru zrezygnować z nalotów na balkon. Działania wojenne zaczęły więc przypominać zabawę w kotka i myszkę. Ptaszyska przylatywały, ja chwytałam za miotłę lub parasol i wychodziłam na balkon, na mój widok potwory odlatywały, po to tylko, by po chwili przylecieć ponownie.


Pewna koleżanka zdradziła mi, że ona strzela do gołębi z pistoletu na kulki. Wyjaśniła, że jeśli się trafi drania taką bronią, to go nie zabije, ani nawet trwale nie uszkodzi. A jeśli się nie trafi - wystrzał przynajmniej narobi huku i potwór tak czy siak odleci. To mnie przekonało - postanowiłam wprowadzić do swojego arsenału kulkową broń palną.

Jak już wspominałam - nie posiadałam dużego budżetu na walkę z gołębiami. Dlatego zakup profesjonalnego karabinka ASG nie wchodził w grę. Zamiast tego musiałam zadowolić się możliwie jak najtańszym pistoletem ze sklepu zabawkowego. Pan sprzedawca - zupełnie nie rozumiem dlaczego - patrzył na mnie tak jakoś dziwnie, gdy pytałam się, czy oferowana przez niego broń na pewno dobrze strzela. Rany julek, przecież mam prawo wiedzieć, czy produkt, za który zapłacę będzie zadowalająco dobrzej jakości, czyż nie?

Pomimo mojej szczerej nienawiści do gołębi nie chciałam jednak, by jakieś ptaszysko ucierpiało. Dlatego też po zakupie spluwy, w celu przetestowania, czy ma ona taką moc, jak mówiła mi koleżanka, postanowiłam poświęcić się i dosłownie strzeliłam sobie w stopę. Hukło, zabolało, ale ból prawie natychmiast minął. Pistolet powodował więc zerowe obrażenia fizyczne, ale za to świetnie spisywał się, jako broń psychologiczna. Byłam gotowa, by przystąpić do strzelania do ruchomego, latającego i opierzonego celu.

Gdy więc kolejny gołąb wylądował na moim balkonie, chwyciłam za pistolet, przeładowałam broń, wymierzyłam i... nie byłam w stanie pociągnąć za spust. W głowie pojawiło się tysiące pytań i wątpliwości. A co, jeśli trafię gołębia w oko? Albo jeśli postrzelę go tak nieszczęśliwie, że złamię mu skrzydło, doprowadzę do wewnętrznych obrażeń ciała lub innych strasznych rzeczy? I co zrobię, jeśli drań padnie trupem, prosto na mój balkon? Czy będę mogła bezkarnie wyrzucić go „za burtę”, czy może powinnam odesłać ciało jego gołębiej rodzinie lub też urządzić mu prawdziwy (wojskowy?) pogrzeb? A może wetknąć trupa na pal, jako przestrogę dla innych ptaszysk?

Stałam więc na balkonie, bijąc się z własnymi myślami i wciąż mierząc do gołębia z pistoletu. A ptak gapił się na mnie, z typową dla siebie wyższością połączoną z ignorancją. Drań wygrał pojedynek wzrokowy. Dałam za wygraną, odłożyłam spluwę i sięgnęłam po parasol. A przy okazji uświadomiłam sobie (z jednoczesną radością oraz smutkiem), że gdybym poszła na prawdziwą wojnę, kiepski byłby ze mnie żołnierz. No chyba, że byłaby to wojna na miotły i parasole.


Po kilku dniach samotnej walki, przyszedł mi z pomocą niespodziewany sprzymierzeniec. Rodzice wyjechali na długi weenend i na ten czas ich pies - Luka– przyjechała wczasować się do mnie. Mówię więc Luce: „balkon jest czysty, jak chcesz, możesz na niego wychodzić” (wcześniej jej tego zabraniałam). Pies zrozumiał moje słowa i co chwilę przebywał we wskazanym miejscu opalając się albo po prostu patrząc na to, co dzieje się na polu. Aż tu w pewnej chwili słyszę, jak moja psina zaczęła straszliwie szczekać. Sznaucery tak mają, że lubią ujadać z byle powodu, jak również bez powodu. Dlatego wyskoczyłam na balkon, by zwierza uciszyć i uspokoić. Patrzę, a Luka obszczekuje gołębie, które na widok nowego obrońcy balkonu, odlatywały szybciej, niż po zobaczeniu mnie z parasolem w ręku.

Wierzcie lub nie, ale pies zrobił to bez wcześniejszego przeszkolenia czy zachęty. Nawet nie widział, jak ja przeganiam ptaszyska. Po prostu wyczuł, że gołębie są na balkonie nieproszonymi gośćmi. Czy zadziałał tutaj zwierzęcy instynkt lub inteligencja Luki? To nie jest ważne. Liczyło się to, że od tej pory nie musiałam bronić balkonu samotnie.


Po półtorej tygodnia działań defensywnych, z dumą mogę stwierdzić, że odniosłam sukces. Udało mi się przejąć kontrolę nad balkonem, a naloty gołębi zmniejszyły się do tego stopnia, że nie przypominają już zaplanowanych, zmasowanych ataków, a jedynie chaotyczne działania indywidualnych partyzantów. A całość udało mi się osiągnąć bez rozlewu krwi lub narażania się na niepotrzebne wyrzuty sumienia.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie, gdy wrócę do pracy, sytuacja może ulec zmianie na moją niekorzyść. Ale to nieważne. Liczy się to, że w obecnej chwili mogę z przyjemnością przebywać na balkonie. I cieszyć się, że wbrew temu, co mówili mi inni - walkę z gołębiami udało mi się wygrać.

2 komentarze:

  1. Wielki plastikowy kruk mnie rozwalił na łopatki :D Gratuluję udanej walki, masz moje wirtualne wsparcie, jako gołębiofob rozumiem twoje poczynania w pełni :)aha i uważaj, żeby ci jednego dnia nie zostawiły niespodzianki w postaci jajek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pojawią się jajka, to zrobię jajecznicę. :)
      A swoją drogą, gdy jednego wieczoru spychałam te gołębie miotłą z balkonu, to pomyślałam sobie, że skoro były one takie niechętne do odlatywania, to bez problemu mogłabym któregoś złapać i przerobić na rosół... Tylko czy rosół z gołębia wciąż byłby rosołem?
      Pozdrawiam!

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...